Ludzie się cieszą, że gdzieś spadł śnieg. U mnie na zachodzie Polski był, ale chyba za kilka dni znowu wróci. Ja jednak patrzę na to inaczej. Widzę, że gdy u nas jest mróz i śnieg, to powietrze polarne ucieka z Arktyki i szybciej topi się lód morski. Traci on w Arktyce swoją objętość w coraz cieplejszej wodzie, gdzie ciepły Atlantyk zaczyna wypierać chłodny Ocean Arktyczny. W tym układzie lód morski staje się coraz mniej stabilny i coraz cieńszy.
Wprawdzie powierzchnia lodu nie kurczy się dziś w sposób ciągły, tak aby wciąż bić minimum jego zasięgu z września 2012 roku. Pewnie nie byłoby tamtego rekordu, gdyby Wielki Cyklon Arktyczny w drugiej połowie lata się nie pojawił, który wpłynął w istotny sposób na skurczenie powierzchni lodu – jak się okazało, do tej pory rekordowe. Ale wtedy było jeszcze więcej obszarów z lodem wieloletnim niż rocznym w porównaniu choćby z wrześniem 2025 roku, gdy jest więcej obszarów z lodem rocznym niż wieloletnim. To znaczy: statystycznie zmniejsza się grubość lodu morskiego Arktyki.
Wszystko to dzieje się w dużej mierze dzięki arktycznemu wzmocnieniu (amplifikacji), czyli zmniejszaniu się gradientu (różnicy) temperatur między biegunem północnym a równikiem. Spowalniający i wolno meandrujący polarny prąd strumieniowy zaciąga z jednej strony powietrze polarne nawet w strefę klimatu śródziemnomorskiego (najczęściej do strefy klimatu umiarkowanego), a z drugiej strony powietrze tropikalne w strefę klimatu borealnego (a nawet polarnego).
Zimą dodatkowo od strony Arktyki polarny prąd strumieniowy pociąga za sobą wir polarny, który coraz częściej bywa spychany daleko na południe. Co jednak jest niepokojące? Te masy powietrza polarnego spływające z wysokich na średnie i niskie szerokości geograficzne na półkuli północnej po prostu uciekają z Arktyki, powodując jej dalsze ogrzewanie przez gazy cieplarniane, głównie pod osłoną nocy polarnej.
Arktyka ogrzewa się trzy razy szybciej niż świat. Lokalnie nawet cztery razy szybciej. Stąd też coraz mniejszy jest gradient termiczny między wysokimi a średnimi i niskimi szerokościami geograficznymi. Ludzie w Polsce jednak tego na ogół nie widzą. Cieszą się, że mają zimę. Tyle że to zima „ukradziona” z Arktyki.
Swoją straciliśmy, więc coraz częściej kradniemy ją z Arktyki – podobnie jak reszta Europy (głównie Środkowej i Wschodniej), Ameryki Północnej (głównie Nowej Anglii) czy Azji (głównie Jakucji). Kiedyś mieliśmy swoją zimę (swój śnieg i swoje mrozy), gdy Arktyka była co najmniej kilkakrotnie bardziej zmrożona, mając cały czas swoją stabilną zimę: swój trwały śnieg, swoje trwałe mrozy i – co najważniejsze w tej grze klimatycznej – swój stabilny, gruby, wieloletni lód morski.
Taki układ zimowy, w którym w górnej troposferze na średnich szerokościach geograficznych bardzo często panował stabilny, wartko płynący z zachodu na wschód polarny prąd strumieniowy, a w dolnej stratosferze w obszarze polarnym równie często występował stabilny, silny wir polarny, był normą. Wtedy od listopada do marca „każdy” miał swoją stabilną zimę. Zarówno Arktyka i wysokie szerokości geograficzne – bardziej mroźną i śnieżną – jak i średnie szerokości – mniej mroźną i mniej śnieżną.
Taki układ jednak w XXI wieku raczej już nie powróci. Dlatego w Polsce i na innych podobnych szerokościach geograficznych to nie jest już własna zima, tylko „kradziona”. A ludzie się z tej „kradzionej” zimy cieszą, bo są nieświadomi zagrożenia, jakie od lat czyha na organizmy biologiczne, w tym ludzi, na Ziemi. A jest ono coraz bardziej realne, tym bardziej że oceany pochłonęły około 90 procent nadmiarowej energii cieplnej pochodzącej z zatrzymywanego promieniowania podczerwonego przez gazy cieplarniane.
Lądy i biosfera – około 5 proc., lód morski, lodowce polarne i górskie – około 4 proc., a atmosfera – około 1 proc. O tym wielu ludzi nie ma jednak kompletnie zielonego pojęcia. A niech się cieszą z tej „kradzionej co roku” zimy – najczęściej w Nowej Anglii, Jakucji czy Europie Środkowej i Wschodniej.
