A gdyby gazy cieplarniane były widoczne?

Gazy cieplarniane są w świetle widzialnym niewidoczne, zarówno w atmosferze i w oceanach. A wyobraźmy sobie jednak, ze są widoczne i maja charakterystyczne barwy. Np dwutlenek węgla niech ma kolor czarny, metan – niebieski, podtlenek azotu – zielony, ozon – żólty, freony – czerwony, a para wodna – bialy. Żylibyśmy w wielobarwnej złożonej sieci.

Trudno sobie wyobrazić jak wyglądałby świat. Jednak gdyby wehikułem czasu naukowcy przenieśli się do epoki przedprzemysłowej, do 1750 r. i zapisywaliby koncentracje gazów cieplarnianych rok po roku do dziś, do 2019 r., to ujrzeliby, ze mozaikowatość barw tychże gazów wyostrzałaby się.

Planeta przez 269 lat zmieniłaby radykalnie kolory dzięki zwiększeniu liczby cząsteczek poszczególnych gazów cieplarnianych. W 1750 r. było to 278 ppm (cząsteczek dwutlenku węgla na milion cząsteczek powietrza atmosferycznego), a wiec jeszcze czerń w atmosferze i w oceanach miałaby umiarkowany charakter. Ale w 2018 r. było to 410 ppm (cząst. CO2 na mln cząst. pow. atm.), a więc czerń w atmosferze i w oceanach byłaby bardziej zagęszczona.

To samo dotyczyłoby innych kolorowych gazów w atmosferze i w oceanach. Niestety gazów cieplarnianych w widzialnym świetle nie widać. Ale je widać w podczerwieni. A jak je widać, to tylko mogą nam powiedzieć naukowcy mierzący je.

Gdyby gazy cieplarniane były widoczne dla naszych oczu, możliwe, że nikt by nie wątpił w prace naukowe. Zjawisko denializmu by nie istniało. Zwykłym przeciętnym zjadaczom chleba trudno nie tylko wyobrazić sobie, ale i dość często uwierzyć naukowcom, którzy podają nam informacje w niełatwy sposób podane.

Wielu ludzi nie chce przyjąć do wiadomości, ze od 1750 r. coś się zaczęło zmieniać w systemie klimatycznym Ziemi, ale do 1896 r., do pracy o czułości klimatycznej Svante Arrheniusa, ludzie byli tego nieświadomi, ze przyczyniają się do nienaturalnego ogrzewania Ziemi. Niestety pod koniec XIX w. fizyka jądrowa dopiero raczkowała, a na doświadczalne badania izotopowe i fal w podczerwieni musieliśmy czekać do polowy lat 50.

W klimacie jednak jeszcze nie było widać zmian, które miałyby wpływ na świat przyrody i na naszą cywilizację. A gazy cieplarniane niewidoczne nie robiły na nikim wrażenia. Od 1958 r. Charles Keeling rozpoczął mierzenie koncentracji dwutlenku za pomocą spektroskopii masowej, które trwa do dziś. W 1750 r. koncentracje CO2 zmierzono za pomocą badan proxy (rdzenie lodowe). Wyniosła ona wtedy 278-280 ppm. A w 1958 r. za pomocą spektrometru masowego koncentracja CO2 wyniosła 316 ppm. W 2018 r. było to 410 ppm.

Gazy cieplarniane jednak są niewidoczne. A naukowcom mało kto uwierzy, ze ich nadmiar spowodował nasilający się z dekady na dekadę wzrost globalnej temperatury. Nad powierzchnią lądów i oceanów. Wysoko w atmosferze i głęboko w oceanach.

Gdyby gazy cieplarniane były widoczne dla nas, politycy wsparliby finansowo rozwój energetyki zeroemisyjnej, bo wszyscy ufaliby naukowcom. Podobnie myślałby biznes i społeczeństwo. Gdyby było od 1750 r. do dziś widoczne zagrożenie, które było tez maskowane przez widoczne aerozole (dymy, pyły, popioły, sadze), to ludzi wątpiących byłoby jak najmniej.

Co do aerozoli, oprócz sadzy, mają one charakter schładzający. Dlatego tez gdy rosły koncentracje gazów cieplarnianych, aerozole przemysłowe, a także wulkaniczne. maskowały skutecznie wpływ globalnego ocieplenia w drugiej połowie XX w. A niewidocznymi gazami cieplarnianymi nikt sobie głowy nie zaprzątał.

I dalej tak jest u niektórych ludzi. Czego nie zobaczą, nie uwierzą. Nawet naukowcom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *